Mój ostatni tekst wywołał większą dyskusję (tutaj), niż się spodziewałem. Czytałem komentarze – te pełne poparcia i te pełne złości. Dlatego tym razem chcę powiedzieć jasno: nie piszę tego, by kogoś skrytykować, lecz by wyjaśnić. Bo widzę jedno – coraz częściej mówimy o tym samym Cyprze, ale myślimy o dwóch zupełnie różnych miejscach.
Kiedyś emigracja naprawdę oznaczała wyjazd
Przyleciałem na Cypr prawie 20 lat temu, jeszcze zanim wyspa weszła do Unii Europejskiej. Nie było wtedy euro, zarabiało się w funtach cypryjskich. 1 funt to było tak mniej więcej 2 euro – ale tej waluty nie dało się kupić w żadnym zwykłym kantorze. Trzeba było szukać w dwóch, trzech punktach w dużych miastach Polski. Ja zaczynałem od 800 funtów miesięcznie. I tak, wielu powie: „czyli więcej niż dziś?”. Może tak wygląda w liczbach, ale nie w życiu.
Nie było internetu w każdym domu. Nie było Messengera ani wideorozmów. Telefon do Polski był luksusem – dzwoniło się krótko i rzadko, bo każda minuta kosztowała. A jeśli chciałem zobaczyć rodzinę, szedłem do kafejki internetowej i łączyłem się przez Skype, modląc się, żeby obraz się nie zamroził. Lot do domu? Co najmniej 200 euro i podróż przez Ateny. To nie był bilet „kliknij i leć”. To była wyprawa.
Dziś emigracja wygląda inaczej. I dobrze. Ale jeśli ktoś przyjeżdża na Cypr pierwszy raz i mówi mi „Ty masz łatwiej, bo ci płacą 2000 euro”, to muszę coś dopowiedzieć.
Te 2000 euro to nie oferta z ogłoszenia
Tak, dziś doświadczony pracownik może dostać 2000 euro. Ale to nie jest stawka „na wejście”. To stawka za lata pracy, język, kontakty i za to, że pracodawca wie, że wrócisz jutro, nawet jeśli przyjdzie burza z piorunami. Rozumiem frustrację tych, którzy dostają 1000 euro i sześć lub siedem dni pracy w tygodniu – bo takie oferty nadal istnieją. Ale ja też zaczynałem od brudnych talerzy i zmywaka. Różnica jest taka: ja przyszedłem tu, żeby zostać, wielu dziś przychodzi tylko „na sezon”.
Nie oceniam. Tłumaczę.
Nowi chcą żyć – nie tylko pracować
W komentarzach pojawiło się: „Młodzi nie chcą pracować”. Nie zgadzam się. Oni chcą pracować, ale chcą też mieć życie. I wcale im się nie dziwię. Chcą wolnej niedzieli, urlopu latem, mieszkaniowego minimum. Ja mieszkałem w jednym pokoju w piątkę. Dziś nikt na to nie pójdzie. I dobrze. Świat się zmienił.
Oczekiwania też się zmieniły: dawniej człowiek się cieszył, że „ma pracę na Cyprze”. Dziś ludzie pytają: „Czy mi się to opłaca?”. Różnica między nami jest taka, że ja przyjechałem żyć, a wielu dziś przyjeżdża zarobić. I jeśli się nie opłaca – odchodzą. Nie ma w tym nic złego. Tylko trzeba to zrozumieć.
Nie tylko pieniądze nas dzielą – kultura też
Kiedy zobaczyłem komentarze, że Cypr „zmienia Wielkanoc pod migrantów”, pomyślałem, że problem nie leży w pensjach, ale w braku wiedzy. Cypr przesunął niektóre obchody nie przez „nowych”, ale przez katolików, którzy żyją tu od dekad. Zanim ktokolwiek pisał o tym na Facebooku, tłumaczono to w mediach lokalnych (na przykład tutaj: https://www.cypr24.eu/wielkanoc-na-cyprze-3 – przypis redakcji).
Tu dochodzimy do sedna: my – ta starsza Polonia – budowaliśmy dom. Nowi często budują przystanek. Nie ma w tym konfliktu. Jest tylko inne spojrzenie.
Cypr nie jest już tanią emigracją
Cypr się zmienił. Ceny są jak w Europie Zachodniej. Życie – czasem droższe. Ale Cypr ciągle daje coś, czego nie da żadna inna emigracja: możliwość życia, nie tylko pracy. Tylko trzeba wiedzieć po co się tu przyjeżdża.
Nie jestem tu po to, żeby kogoś pouczać. Nie piszę tego, by kogoś skrytykować, lecz by wyjaśnić. Bo czasem gdy czytam gniewne komentarze o wyzysku, mam ochotę zapytać:
Czy przyjechałeś tu zarobić – czy przyjechałeś tu żyć?
Autor pragnie zachować anonimowość



