Związki zawodowe zapowiedziały trzygodzinny strajk 11 września w imię pełnej wypłaty ATA. Ale czy rzeczywiście ktoś odczuje te trzy godziny „paraliżu”?
Zatrzymają się autobusy – tylko po to, aby następnego dnia były przepełnione do granic możliwości. Urzędy staną – chociaż one i tak działają w rytmie siga-siga. Lekarze w szpitalach nie odejdą od łóżek pacjentów, ale w przychodniach kolejki znowu się wydłużą. A hotele, sklepy i restauracje? Będą działały normalnie, bo większość zatrudnionych to pracownicy spoza UE, którzy nie należą do związków.
Oddzielne spotkania zamiast dialogu
Minister pracy Janis Panajotu stara się ratować sytuację. W czwartek spotka się z przedstawicielami związków, a w piątek – z pracodawcami. Wspólnego stołu nie będzie. Jak powiedział sekretarz generalny OEB Michalis Antoniu, dopóki nad rozmowami „wisi groźba strajku”, dialog w jednym pomieszczeniu jest wykluczony. Z kolei związki są jednoznaczne – jak podkreśla Andreas Matsas z SEK, bez pełnej wypłaty ATA nie ma mowy o kompromisie.
ATA – spór, który wraca od dekad
ATA, czyli Automatyczna Indeksacja Płac, istnieje na Cyprze od lat 40. i po wojnie była standardem w większości kolektywnych układów pracy. Kilkakrotnie ją zawieszano, a w kryzysowych latach nawet zamrażano. Od 2017 roku obowiązują kolejne przejściowe umowy, a ostatnia – z maja 2023 roku – podniosła poziom ATA do 66,7%, z obietnicą ostatecznej reformy do czerwca 2025 roku. Teraz jednak zamiast porozumienia mamy kolejną falę napięć.
Czy trzy godziny zmienią cokolwiek?
Pytanie, które ciśnie się na usta wielu mieszkańcom, brzmi: czy taki strajk naprawdę ma sens? W praktyce uderzy głównie w zwykłych obywateli – pasażerów komunikacji i pacjentów przychodni – podczas gdy turysta w hotelu czy klient w sklepie nie zauważy żadnej różnicy. A przecież związki zawodowe zapowiadają gotowość do eskalacji.



